Sen. Leżę i patrzę jak spada na mnie olbrzymi głaz. Chcę zrobić unik, ale nie mogę się poruszyć. Odruchowo zamykam oczy i wtedy czuję, że potężna skała jest tylko papierową atrapą. Budzę się zmęczona. Rozklejam powieki zbyt mocną kawą. Kolejna atrapa.
Raz jeszcze, potulnie, daję się zamknąć w mechanizmie koła zębatego. Każdy ruch zmierza w jednym kierunku: Mieć teraz wszystko. Tracić. Konsumować. Zdobywać więcej. Nie ma funkcji delete ani trybu awaryjnego.
Moim najważniejszym miejscem w pracy staje się toaleta. Kilka minut sam na sam z prawdą. Brakuje powietrza, przeoranej wiatrem przestrzeni, dotyku, trawy i zapachu rzeki. Tamtej. Czarnej i mulistej. Dlaczego nie słychać tutaj tupotu małych stóp?
Od dwóch dni nie tykam. Trybik wystawił czułka i zmienił się w małego aliena. "Who are you my tiny alien?" pyta czekoladowym głosem Katie Melua. Tyle razy zadawałam sobie to samo pytanie.
Cztery ściany obejmują mnie ciasno, zapychając ręce i serce. Klapki z czarnego poliestyrenu przyssały się idealnie do oczu. Gdzie jestem? Dlaczego?
Czy to prawda, że zamordowałam swoje marzenia i uczyniłam się karykaturą samej siebie?
Tęsknię. Tak. Jeszcze nie zapomniałam. Czasem patrzę na chmury. Zatrzymuję się nagle i bez ostrzeżenia. Nagimi palcami rozdrapuję szczelinę. Wciskam się w czas, którego nie ma.
Szukam progu. Granicy na, której zawisnę. Szukam. Jeszcze nie zapomniałam.
piątek, 3 kwietnia 2015
wtorek, 10 lutego 2015
POJEDYNCZE WŁÓKNA
Codzienność.
Zmieszana i podana na tacy. Nie zawsze w dobrych proporcjach i we
właściwej kolejności. Jeśli chcesz zanurzyć się w nią z
uważnością, naucz się oddzielić z kłębowiska doznań
pojedyncze włókna. Skup się na jednorodnych wiązaniach. Chcesz
przykład? Wyobraź sobie płatek śniegu. Oddziel go ze śniegowej hałdy. Jeśli ci się uda, zobaczysz misterne piękno. Jego życie
trwa odrobinę dłużej niż jeden oddech. A jednak, jeśli zdołasz
je dostrzec, zrozumiesz, że jest w nim pełnia.
Często, kiedy
czuję, że rzeczywistość mnie zasysa, myślę o ucieczce. To jedna
z głupszych myśli jakie miewam. Podejrzewam, że dzieje się tak,
gdyż zasysanie związane jest z pędem. Ten z kolei odbiera
możliwość patrzenia, słuchanie i czucia. Kiedy nie słyszysz i
nie rozumiesz języka codzienności, zmieniasz się w poczwarkę.
Najpierw hibernujesz radość. Śmiech, który potrafi leczyć ból i
pamięć. Potem motasz w kokon swoją empatię. Niewiele dostrzegasz,
bo wciąż nosisz przed nosem lustro. Na końcu kruszy się twoja
wiara w sens zwykłego dnia. Ta niezachwiana nadzieja, że wszystko
jest po coś, a brak jest tylko części pełni.
Poczwarka niewiele
potrafi z siebie dać. Rozumie jednak, że jej czekanie czemuś
służy. Pewnego dnia obudzi się. Rozłoży mokre jeszcze
skrzydła. Poczuje ciepły dotyk dnia. Jeszcze anemicznego, ale już
nabierającego kolorów poranka. Wtedy zrozumie, że musi znów
zacząć oddzielać pojedyncze włókna.
Zobaczy cienki blik
słonecznego światła. Poczuje wywołujące dreszcze uderzenie powietrza. Usłyszy jasny śmiech
dziecka. Zaleją ją zapachy. Młodej, wilgotnej trawy. Fruwającego
na wietrze prania. Mulistej rzeki i wynurzającej się z niej mgły.
Spróbuje smaków. Prostych. Uderzających intensywnością. Znów
będzie rozumieć język codzienności. Zanurzy się w nią z
uważnością. Otworzy na oścież wszystkie okna i drzwi. Pozwoli by
wyleciał przez nie lęk. On zniknie szybko. Wkręci się w kożuchy
chmur i spłynie życiodajnym deszczem.
sobota, 20 grudnia 2014
MIMO WSZYSTKO
Wieczór wsuwał się
w szeleszczące futro nocy. Pomarańczowe latarnie nie ogrzewały
pustej ulicy. Szłam zawinięta w kurtkę syna. Wybłocone traperki
trzymały się drogi ale słuchawki na uszach odrywały kilka
centymetrów od ziemi. Katie Melua ogrzewała miękkim głosem i
przenosiła w krainy bezwietrzne i bezzimowe. Pora serialowa
zaciągnęła już znakomitą większość sąsiadów na wygodne
fotele naprzeciw bardziej lub mniej płaskich ekranów. Nanizałam
kaptur na głowę. Patrzyłam w niebieskie światła w obcych oknach.
Wiatr wciskał się w poły rękawów i w cienkie sploty nierozsądnie
założonych legginsów. Zimno przywołało myśli nieoczekiwane.
Zatęskniłam za swoim psem.
Miał miodowe oczy i
niepokorną duszę. Zbyt niezależną jak na psa. Lubiliśmy nasze
spacery. Ale to mu nie wystarczało. Od czasu do czasu ruszał za
głosem swojego instynktu i nosa. Pewnego poranka nie wrócił jak
zwykle do domu. Następnego też nie. Przepadł razem ze swoim
wilgotnym nosem. Popielatą miękkością między uszami. Mądrym,
wybaczającym spojrzeniem. I psią przyjaźnią. Tą, którą nie da
się niczym zastąpić.
Kilka dni temu
spotkałam się z moją przyjaciółką. Siedziałyśmy jak zwykle w
zbyt hałaśliwej ale niezbyt drogiej knajpce, jedząc szarlotkę na
ciepło. Jak zwykle rozbrajająco szarlotkową. Jak nigdy niezbyt
hojnych rozmiarów. Od słowa do słowa, rozmowa zaczęła cedzić z
tematów błahych rzeczy ważne. Chcąc nie chcąc zaczęła pętlić
się wokół marzeń. I ich kiełkowaniu w cele. Moja przyjaciółka
słuchała uważnie. Kiedy skończyłam dopiła resztkę herbaty a
potem metodycznie i skrupulatnie zaczęła wbijać mnie w ziemię i
ugniatać marzenia w klepisko. Na koniec stwierdziła, że robi to
wszystko dla mojego dobra. Bo lepiej jest nie mieć mrzonek. Lepiej
pracować od rana do wieczora. Jeść obiady u teściowej w każdą
niedzielę. Lepiej zająć się czymś użytecznym na przykład
spiningiem lub naprawą zepsutej bramy. Lepiej mieć swoją
cieplutką, wyprasowaną i pachnącą stabilizację niż mieć
otwartą drogę.
Kiedy wychodziłyśmy
z knajpki (dosłownie wyrzucone przez kelnerkę bo chciała pójść
wreszcie do domu i może nawet miała ochotę kochać się ze swoim
chłopakiem albo upiec kruche ciasteczka) stałyśmy na parkingu
kontynuując jej egzekucję marzeń. Nie byłam w stanie wydobyć z
siebie żadnego słowa. Na koniec uściskałyśmy się a moja
przyjaciółka powiedziała, że mnie kocha.
Założyłam
słuchawki na uszy. Muzyka szybko posklejała połamane skrzydła.
Uniosłam się znów nad chodnikiem. I wróciłam tam gdzie moje
miejsce. Dobrze mieć kogoś kto sprowadza cię na ziemie. Ale jeszcze
lepiej jest móc odbić się od asfaltu i poszybować. Mimo wszystko.
sobota, 13 grudnia 2014
NIE-PREZENTY NIE-POD-CHOINKĘ
Nie lubię
bożonarodzeniowych prezentów. Męczy konieczność, właściwie
dobrany zakres cenowy, presja, blichtr. Chciałoby się uciec.
Ewakuować w Bieszczady albo chociaż do lasku za domem. Chciałoby
się oglądać choinki żywe, opatulone w śniegowe kożuchy,
pachnące dłużej niż kilka dni. Chciałoby się być zamiast mieć.
No właśnie.
Wsiadłam dziś na rower, zabrałam skrzaty nad rzekę. (Na przekór
racjonalnym argumentom męża. Na opak grudniowej aurze). Patrząc
jak małe szczęścia niestrudzenie zbierają kamyki i rzucają je do
wody, przyszła mi do głowy taka myśl. A może by zrobić listę
nie-prezentów nie-pod-choinkę. Zapachniało czasem zamierzchłym,
zaszumiały zapomniane muzyki. Zeskakując z siodełka miałam już
gotową listę.
Wyglądała mniej
więcej tak:
Kochany Mikołaju na
Gwiazdkę chciałabym dostać:
- obiecywaną od lat sesję zdjęciową, tą która miała być kroplą żywicy z zatrzymanym w środku tańcem czasu z pięknem.
- pocałunek z Gołębiej w Poznaniu, ten niezbyt pospieszny naprzeciwko szkoły baletowej i może jeszcze ten z Florencji i ten z „polanki grozy”.
- tamten stosik książek, którego zwęglone resztki użyźniły porzucony ogród
- zapach, który zatrzymał się na mojej skórze w pewien grudniowy poranek kiedy mój kark polizał anioł, który wcale aniołem nie był
- kilka hektolitrów śmiechu
- bardzo ciepłe i bardzo cierpliwe dłonie
- niegasnące poczucie otwartej drogi, które nie pozwala stać w miejscu
- górę śniegu ale tylko na kilka dni
- i może jeszcze jedną małą rzecz... tą, którą sama sobie wybrałam, zamówiłam i która czeka ukryta w pudełku w składziku...
czwartek, 11 grudnia 2014
WYWIAD Z CZYTELNIKIEM
Lubię robić rzeczy odwrotnie. Książki czytam od końca, ulubione
poncho noszę na lewej stronie. Kiedy napisałam „52 tygodnie”
mąż żartował, że teraz będę robić wywiady i pić wódkę z
literatami w literatkach. Uśmiechnęłam się wtedy, ale w głowie
zakiełkowała mi taka myśl: Dlaczego wywiady mają być z autorami
książek, a nie z ich czytelnikami? Może i tu warto spojrzeć z
innej perspektywy. Pomyślałam i... pomysł zrealizowałam. Tak oto
powstał wywiad z czytelnikiem.
Czytelnik: T.Q (autor popularnego bloga jakchcemy.pl)
Autorka: L.P (Ludmiła Piasecka, autorka „Szklanej Szafy”
i „52 tygodni”, obecnie pracuje nad kolejną książką „52
dni”)
L.P.
Co skłoniło cię do sięgnięcia po tę właśnie książkę?
T.Q.
To taka mała układanka. Znałem
szczątki historii twojej rodziny sprzed dwóch lat z bloga wystarczy
mniej. Sporo tam było o prostocie, uważnym życiu i edukacji
domowej. Potem czytałem twój gościnny wpis i kolejne już na twoim
blogu. Spodobał mi się ten styl pisania. Kiedy dowiedziałem się o
książce, po prostu chciałem ją przeczytać.
L.P.
Pisałeś
kiedyś, że „52 tygodnie” to prawdziwy wór inspiracji.
Które
rozdziały były/są dla ciebie inspiracją?
Mój wybór ograniczyłem do pięciu. Kolejność nie ma znaczenia ważności. I tak:
1. Winylowa terapia. Uwielbiam muzykę więc ... po przeczytaniu tego rozdziału utworzyłem folder w Spotify i wrzuciłem tam większość płyt z listy
2. Jak surfować na kanapie ... czekam na odwagę u nas, taką, która popchnie nas do skakania w nieznane bez pewności co za rogiem.
3. Patent na naukę. Super
4. Świąteczna ewakuacja. Bieszczady ...
5. Historie słuchane sercem.
Mój wybór ograniczyłem do pięciu. Kolejność nie ma znaczenia ważności. I tak:
1. Winylowa terapia. Uwielbiam muzykę więc ... po przeczytaniu tego rozdziału utworzyłem folder w Spotify i wrzuciłem tam większość płyt z listy
2. Jak surfować na kanapie ... czekam na odwagę u nas, taką, która popchnie nas do skakania w nieznane bez pewności co za rogiem.
3. Patent na naukę. Super
4. Świąteczna ewakuacja. Bieszczady ...
5. Historie słuchane sercem.
L.P.
Nie spodziewałam się takiego wyboru. Nie wiem czy to przypadek, ale
większość z tych rozdziałów inspirowana była wydarzeniami
autentycznymi. Tak było na przykład w przypadku winylowej terapii -
rzeczywiście kiedyś zdarzyło mi się znaleźć płyty winylowe na
śmietniku (co prawda inne ale nie mogłam oprzeć się by przemycić
tu moje ulubione kawałki) Couchsurfing - to też ściągnięte z
naszego życia. Od lat podróżujemy korzystając z tego portalu
internetowego, choć ostatnio zmieniliśmy go na inny. Patent na
naukę jest rzecz jasna inspirowany edukacją domową. Mamy na tym
polu już pewne doświadczenie. Ale... Wracając do klejnego pytania:
Jaką
kobietą jest Majka, bohaterka „52 tygodni”?
TQ:
Majka
jest osobą, która szuka sposobu na smakowanie swojego życia. Jest
w niej dużo niezgody na otaczającą ją rzeczywistość, buntuje
się przeciwko niej, ale nie kończy się to na zwykłej krytyce. Ona
zmienia swój bunt w konkretne działania. Potrafi zdobyć się przy
tym na dystans. Myślę, że właśnie dzięki temu może rzucać
takie wyzwania życiu jakie rzuca. Jest dla mnie osobą pozytywną
poprzez odwagę, kreatywność, branie życia za rogi. Jest uparta i
wytrwała - jeżeli coś przyjdzie jej do głowy, to wiele energii
wkłada w realizację swojego pomysłu, włącznie z wmontowaniem
członków swojej rodziny w swój plan. Zwykle to ona ciągnie resztę
'domowego ludku' za sobą - taki mam jej obraz u siebie. Kreatywność
i kolejne wyzwania powodują, że tworzy zaskakujące sytuacje dla
swoich bliskich. Sytuacje, które są ostatecznie pozytywne (nawet
mimo wcześniejszych oporów towarzystwa). Sytuacje zarówno w
relacji ona - dzieci i mąż jak i te „sensualne” ona-mąż.
L.P.
No właśnie, a jak odebrałeś te, jak to nazwałeś „sensualne”
relacje ona – mąż?
Było
ich więcej niż się spodziewałem, zanim
zacząłem czytać książkę. Odnoszę to do jakichś swoich
wyobrażeń i to mnie zaskoczyło. To może wynikać poniekąd z
specyfiki mojego czytelnictwa i doboru książek do czytania w
ostatnim czasie.
Nie podam Ci jednego opisu - nie potrafię, ale za to napiszę zgodnie z moim odczuciem, że fajnie jest to wkomponowane w całość. Pamiętam też, że czytając miałem taką myśl, że jeżeli ktoś chciałby zrobić film na bazie 52 tygodni, to mógłby powstać taki, który byłby 'od 18' - to byłaby moim zdaniem kwestia sposobu przedstawienia choćby scen erotycznych.
Może tak napiszę: te sceny są wymyślone sugestywnie i działają na wyobraźnię.
Nie podam Ci jednego opisu - nie potrafię, ale za to napiszę zgodnie z moim odczuciem, że fajnie jest to wkomponowane w całość. Pamiętam też, że czytając miałem taką myśl, że jeżeli ktoś chciałby zrobić film na bazie 52 tygodni, to mógłby powstać taki, który byłby 'od 18' - to byłaby moim zdaniem kwestia sposobu przedstawienia choćby scen erotycznych.
Może tak napiszę: te sceny są wymyślone sugestywnie i działają na wyobraźnię.
L.P.
Film? No to teraz połechtałeś moje „ego”
T.Q.
Uważam, że że film mógłby powstać. Jak zwykle żaden za mnie
specjalista, ale mam przeczucie, że 52 to dobry koncept na film.
L.P.
A
jak odebrałeś warstwę językową książki? Czy masz jakiś
ulubiony fragment tekstu?
Nie
jestem fachowcem od języka, więc mogę opierać się tylko moich
odczuciach.
Potwierdzam to co już kiedyś napisałem - podoba mi się taki styl pisania. Szczególnie chyba fajnie wymyślane połączenia przymiotników z rzeczownikami (epitety?), często takie zaskakujące, niespotykane a jednocześnie (dla mnie) piękne.
Zapamiętałem też jakieś drobne rzeczy, które mi przeszkadzały - ale to efekt subiektywnego spojrzenia. Na przykład nie spodobało mi się określenie: itede itepe.
Nie potrafię podać określonego fragmentu. Książkę mam w głowie jako pewną całość. I tak naprawdę z każdego rozdziału pewnie mógłbym wybrać jakiś fajny językowo dla mnie fragment.
Potwierdzam to co już kiedyś napisałem - podoba mi się taki styl pisania. Szczególnie chyba fajnie wymyślane połączenia przymiotników z rzeczownikami (epitety?), często takie zaskakujące, niespotykane a jednocześnie (dla mnie) piękne.
Zapamiętałem też jakieś drobne rzeczy, które mi przeszkadzały - ale to efekt subiektywnego spojrzenia. Na przykład nie spodobało mi się określenie: itede itepe.
Nie potrafię podać określonego fragmentu. Książkę mam w głowie jako pewną całość. I tak naprawdę z każdego rozdziału pewnie mógłbym wybrać jakiś fajny językowo dla mnie fragment.
L.P.
Czy
Majka ma według ciebie poczucie humoru?
Myślę,
że na pewno. Ale nie jest typem „żartownisia”. To raczej
suptelny, ironiczny humor, często mocno związany z warstwą
językową książki.
L.P.
Dla kogo według ciebie skierowana jest ta książka?
To
nie jest książka
do czytania 'powieściowego'. To jest książka, która ma szanse
sprowokować do myślenia, do zastanawiania się nad tym co robię w
życiu i jak to robię. Do poszukiwań lepszego, bardziej świadomego
przeżywania swojego czasu. Może stać się inspiracją do
wprowadzenia konkretnych pomysłów do własnego życia. Nie tylko
dla czytelniczek jak sugeruje notka na okładce,czego ja jestem
dowodem.
wtorek, 9 grudnia 2014
PIEROGI I FRAKTALE
Mój
syn ma dwanaście lat i miewa na głowie wiecheć zamiast włosów.
Opowiada mi o fraktalach podczas gdy ja uczę go robić pierogi.
Rzeka czasu z nizinnej zmienia się w górski potok. Rozmowa która
przy okazji jest nauką dziwnie oddziałuje na wskazówki zegara.- Mamo, jest już wpół do ... musisz iść po malucha. - przypomina.
- Musisz mi dokończyć ten wykład... a przy okazji … Wywałkujesz ciasto?
- Mhm... idź już.Wracam z małym Wilczkiem i jak zwykle zaglądamy przez kuchenne okno. Machamy i walimy w szybę. Znawca fraktali właśnie kończy lepienie przedostatniego pieroga.
- No gratuluję! Widzę kolejny talent...
- Nie narysowałem ci jeszcze tych fraktali...
- No to rysuj!Najstarsza latorośl wybiera dość oryginalne narzędzie do rysowania. Mąkę. Na stole powstają ciągi powatrzalnych, zmniejszających się wzorów. Wilczek podchwytuje pomysł. Chwilę później wyglądamy jak rodzina piekarzy. Mąka osiada nam na rzęsach, brwiach i policzkach. Naukowe dywagacje przerywa dźwięk zielonej komórki dwunastolatka. Młody wykładowca przerywa swoje dzieło i zamiast po komórkę sięga po gumowe rękawice. Zakłada je pospiesznie i dopiero wtedy odbiera telefon.
- Po co założyłeś te rękawice? - pytam po skończonej rozmowie z kumpelką od wspinania się po drzewach.
- Przecież tata powiedział dzisiaj rano, że mam nie dotykać telefonu. - wyjaśnia rzeczowo wysmarowany mąką młody gniewny. - No to nie dotykałem. - dodaje.
Po
obiedzie rozmawiamy, czytając zamiast podręcznika do polskiego,
„Dobro i zło” Oskara Brenifiera. Zastanawiamy się nad kilkoma
pytaniami: „Czy to na co masz ochotę zawsze jest dla ciebie
dobre?” „Czy twoje szczęście ma związek wyłącznie z tym co
robisz?” „Czy myślenie może przeszkadzać w działaniu?” i
całą lawiną innych. Myśli, dygresji, obrazków z książek i
filmów. Chwilę później dołącza do nas młodsza filozofka.
Pomimo pięciu lat ma zaskakująco wyrobione zdanie na wiele
nurtujących nas dylematów.
Wieczorem,
(jak zwykle przy kuchennym stole – bo kuchnia jest najlepsza i do
nauki i do zabawy) budujemy swoje Carcassone. Przegrywam z synem,
choć tym razem udaje mi się wygrać z mężem. Nagle młody
zwycięzca przypomina sobie o wykładzie internetowym na temat
historii miast średniowiecznych. Pan Adam miał dziś
chyba natchnienie. Syn okupuje laptopa do 22.30.Wieczór spędzamy
zatem kuchennie. Siedząc na kolanach męża opowiadam mu swoje
teorie na temat granic człowieka. Mąż przecina moją powagę
kałasznikową serią żartów. Chichramy się jak norki. Jeśli
wierzyć zegarom właśnie zaczyna się kolejny dzień rodziny
homeschoolingowców. Dwunastolatek jeszcze czyta swojego Winetou. Tym
razem nie będę się wtrącać. Pozwolę mu jutro pospać do
dziwiątej. Edukacja domowa nie musi się zaczynać od pierwszej
lekcji i od pierwszego dzwonka.
czwartek, 4 grudnia 2014
PŁATEK ŚNIEGU NA OPUSZKACH PALCÓW CZASU
Kto
kazał ci wyjść z tamtego tunelu? Słyszałaś muzykę. Uderzenia
gongów czy werble pulsującego mięśnia? Uzurpatora. Nie większego
niż twoja pięść.
Grudniowy
poranek na granicy zimy i jakiejś nieokreślonej pory roku. Sen
odkleił się od twoich powiek niespodziewanie wcześnie. Spojrzałaś
na komórkę. Zdziwiłaś się, że jeszcze nie dzwoniła. Leżałaś
chwilę, wpatrując się w ciemne okna. Co próbowałaś sobie wtedy
przypomnieć? Wstałaś by pokonać oswojoną przestrzeń w
przewidywalnej jednostce czasu. Kilka obrotów wokół własnej osi z
odbiciem w stronę łazienki, czajnika i puszki z kawą. Czy można
zabłądzić w tak prostych algorytmach?
Miałaś
spojrzeć w lustro. Unieść w lekkim zdziwieniu brwi: „To znowu
ty?” „Noc odarła cię z wszelkich pozorów.” Sięgnęłaś do
kurka z zimną wodą. Chciałaś spłukać z twarzy resztki
wczorajszego dnia. Zatrzymałaś ruch w połowie drogi. Przypomniałaś
sobie, że nie włączyłaś jeszcze czajnika. Twoje typowe ADHD.
Zrobiłaś jeden, może dwa kroki. Czas stanął gdzieś na progu
kuchni.
Kto
i kiedy kazał ci otworzyć oczy? Poczułaś ból na skraju kości
biodrowej. Musiałaś się uderzyć. Miałaś otwarte oczy ale nadal
nic nie widziałaś. Mózg pokierował nogi w stronę łóżka. Jak
długo wyczołgiwałaś się z tamtej szczeliny? Pamiętasz, że po
drugiej stronie ulicy zapaliło się światło w dwóch oknach.
Wstałaś. Wziełaś prysznic. Zakamuflowałaś trupie spojrzenie
roświetlajacym fluidem. Wypiłaś dwa łyki kawy. Wahałaś się
bardzo krótko. Usiadłaś na miętowym fotelu, (tym, którego
przytachałaś kiedyś ze śmieci). Chciałaś zadzwonić do męża.
Rozłączyłaś się po jednym sygnale. Pomyślałaś, że ta rozmowa
nie będzie dobrą historyjką na rozpoczęcie jego dnia.
Zatrzasnęłaś
drzwi by za chwilę otworzyć następne. Usiadłaś naprzeciw
niewielkiej grupki, młodych niewyspanych gęb. Potrafiłaś się z
nimi porozumiewać zabawnie i bezkonfliktowo. Podałaś im instrukcję
obsługi i białe kartki pokryte drobnym drukiem. Wyciągnęli
narzędzia do pisania. Po chwili poczułaś, że musisz wyjść.
Chciałaś poprosić by ktoś cię zastąpił. Sekretarka rzuciła ci
badawcze spojrzenie i wezwała karetkę. Czy to przypadkiem nie było
jakieś upiorne deja vu? Czy nie jechałaś już kiedyś w tamto
miejsce? Ratownik zadał ci ból zakładając wenflon, ale miał
ładne oczy i patrzył nimi jakoś dziwnie łagodnie i miękko.
Oparłaś głowę o podgłówek. Mogłaś przez chwilę nie myśleć.
Leżałaś
na łóżku przykrytym jednorazowym, zielonym prześcieradłem.
Podkręciłaś sobie sama kroplówkę. Nauczyłaś się tego już
dość dawno. Lekarz cuchnął niewyspaniem i nie patrzył ci w
twarz. Na pytanie „dlaczego” wymamrotał, że ma siedemdziesięciu
pacjentów i nie może się mną ciągle zajmować. Wtuliłaś
głowę w poduszkę pachnącą środkami dezynfekcyjnymi. Ukryłaś łzy. Tak było
zdecydowanie lepiej. Zastanawiałaś się co zrobić żeby nie czuć tego potwornego
zimna.
Wyniki
wyszły w normie. Dostałaś receptę i przykazanie by udać się do
swojego lekarza. Przebijałaś się przez labirynt korytarzy by za
szklanymi drzwiami poczuć delikatne płatki śniegu na policzkach.
Ukradkiem podniosłaś głowę i wystawiłaś język. Kropka zimna
padła martwa na czubku gorącego, arcyczułego narzędzia. Zdjęłaś
rękawiczki i złapałaś w garść jeszcze jeden płatek śniegu.
Ledwie napoczęte życie zniknęło bezszelestnie. Patrzyłaś na
tańczące przed tobą drobinki bieli i myślałaś o swoim życiu.
Czy było czymś więcej niż płatkiem śniegu na opuszkach palców
czasu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


