poniedziałek, 24 kwietnia 2017

RĘCE ROBOTNIKA

Paznokcie przeorane
ziemią. Masz ręce robotnika. Włosów nie czesałaś od trzech
dni. Praca stała się twoją mantrą. Zmęczenie
wyczekiwane. Dobre zmęczenie. Siadasz na progu i nie myślisz.
Obrazy suną jak horda rozpędzonych burzą szpaków. Bierzesz psa i
znów w górę drogi. Skręcasz w szutrową ścieżkę na łąki. Seledynowe trawy dławią w gardle. Idziesz dalej. Jabłonie i sarny.
Patrzycie sobie w oczy. Ostrożnie. Potem bieg. Pies puszcza się za zwierzyną. Ty oglądasz poranny popis mistrza. Chłód nostalgiczny. Sąsiad pali w piecu. Tuż przed majem.  Przed ucztą. Siadasz i brakuje ci tchu. Wyrzuty sumienia i zachwyt. Zaraz wrócisz. Podepniesz ciało w trybiki. Oddasz siebie we władanie małych i dużych. A jednak tu i teraz jesteś tylko sama dla siebie. Kilka minut wyrwane z wieczności. Pozbawione czasu. Zostaje w sercu. 

piątek, 2 grudnia 2016

TUNEL



A jednak nie starczyło światła z gór i światła z Twojej polany. Czarny czas dosiadł się znienacka. Okradł cię z samej siebie. Znów musisz się przeczołgać przez tunel lęku, gniewu, żalu. Zakładasz woskową maskę. Wosk, którego nie topią żadne łzy. Budzisz swojego potwora. Nie ma dotyku. Słów. Muzyki. Smaku. Jest ból, który zmienia cię w pokiereszowane zwierze. Z gardła sypią się ostre, kanciaste grudy. Przysypałaś nimi swoje myśli.

Tunel, to przestrzeń, w której zadajesz ciosy na oślep. Nie ma tu żadnego punktu odniesienia.

Tunel jest jednak tylko poczekalnią. Przychodzi ten moment... Pies wygania cię z łóżka. Czarny czas łypie siwym okiem. Ale zwierze to zwierze. Zakładasz dwa swetry, czapkę, szal. Motasz ciała w zwoje wełnianego ciepła. Idziesz w górę stromym zboczem tuż za domem. Pies gna przed tobą. Cały unurzany w psim „teraz”.

Wspinasz się na skałę. Wszystko co masz, to chwila, którą trzymasz w garści. Zmrożone liście pod nogami. Śnieżka ubrana w kożuch mgieł. Ukryte w szarościach czerwone krople dzikiej róży. Stajesz na skraju skały. Słuchasz topniejącego śniegu. Wilgotne ramiona drzew uwięziły niewielką żyłę światła. Bierzesz ją jak skalpel i przecinasz na pół woskową maskę.

W tunelu majaczy nędzna postać. Próbujesz ją objąć. Jest potwornie zmęczona. Zasypia ci na ramieniu. Głaszczesz ją po włosach, próbując usłyszeć jej szept. Ostrożnie znosisz ją na dół. Robisz jej herbaty z lipy, z imbirem i miodem. Po pół godzinie delikatnie przypominasz jej, że musi upiec chleb, zrobić obiad, odebrać syna z przedszkola, odpisać na maile, pobawić się z dziećmi w wilka i świnki, dokończyć książkę, dokończyć malowanie krzeseł, nakarmić
koty i psa, przytulić się do męża, zrobić pranie i jeszcze jeden drobny szczegół... raz jeszcze zacząć żyć.

Żyć. Zaplatać światło w mrok. Wdzięczność w żal. Poczucie niekończących się możliwości w strach. Wiesz, że twoim najważniejszym zadaniem jest nie pozwolić by zamordowano twoje marzenia. Wiesz, że będziesz szła wąską ścieżką. Pod wiatr. Z piaskiem między zębami. I będziesz sobie wierna.


wtorek, 8 listopada 2016

SIOSTRY SYJAMSKIE


Scena pierwsza. Wysiadasz z auta. Celofan w ręku. Kwiaty, wino, czekoladki. Na twarzy przyklejone poczucie niekończących się możliwości. Strach tylko w opuszkach palców. Znokautowany. Właśnie straciłaś pracę. Sama wybrałaś ten scenariusz.

Scena druga. Siedzisz w aucie nocą. Kaptur na głowie. Opuchnięte oczy. Czerwony nos. Strach dyszy ci do ucha. Na tylnym siedzeniu anioł z diabłem walczą już tylko dla rozrywki. Właśnie straciłaś pracę. Sama wybrałaś ten scenariusz.

Wiesz, że musisz przygarnąć to wszystko. Wtulić się w rozpacz i nadzieję jednocześnie. Czasem wydaje ci się, że smutek i szczęście to siostry syjamskie. Nie potrafisz je rozdzielić, choć wiesz, że jesteś siłą.












Piętnaście lat w bezpiecznym kokonie. Mocna, sprężysta nić. Momentami tkana frustracją i wściekłością. Wór radości i zmęczenia. Najważniejsze sceny rozgrywały się w toalecie. Rozdziawiona gęba błyskająca śmiechem przed lustrem. Pospiesznie połykane łzy na kibelku. Wciąż nowe, młode twarze. Ich entuzjazm. Ich bezmyślna bierność. Kiedy prowadzisz ostatnie zajęcia, odkrywasz w wielu z nich niezwykłe piękno. Mówisz o marzeniach. I o tym, że kiedy zamykasz za sobą jedne drzwi, otwierasz przed sobą nowe.

Otwierasz nowe drzwi. Zamiast pęku kluczy, trzymasz w ręku łańcuszek znaków zapytania. Nie chcesz planować więc piszesz biznesplan. Wolałabyś poczytać książkę więc bierzesz się za malowanie pokoju. Robisz chleb na zakwasie lecz zamiast włożyć brytfanki do piekarnika, zostawiasz je na stole i pieczesz okruchy z wczorajszego ciasta. Wychodzisz na spacer z psem, ale zabierasz ze sobą dwa koty. Kiedy patrzysz na zanurzoną w mgle Śnieżkę, modlisz się był twój mąż mógł z tobą jeszcze wytrzymać.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

TYLKO I AŻ



Zmieścić w jednym uniesieniu powiek tamten wieczór i ten poranek. Zmieszane, zanurzone w znakach zapytania. Czas, który chcesz posiąść na własność. Chwila, której chcesz się uczepić. Próbujesz na niej zawisnąć, tak by balansując, upchać w garści ból i rozkosz jednocześnie. Ledwie przebudzony dzień. Ty po nieprzespanej nocy. Ptaki. Muzyka, która przebija się codziennie do twoich snów. Zmieszanie tęsknoty, zmęczenia, poczucia niekończących się możliwości. Odurzający zapach lip. Czereśnie prosto z drzewa. Zarys gór. Garść światła. Dotyk, który uchyla zapomniane drzwi.

I muzyka. Ta, która otwiera drzwi na oścież. Idziesz drogą upchaną pięknem i twoją tęsknotą. Chcesz zmieścić w sobie odwagę i słabość. Myślisz o tamtej niewiadomej. Tamtych słowach, które nie padły. I o tym, że dostajemy od życia tyle, na ile jesteśmy w stanie się odważyć.

Szczęście zawsze pomieszane. Zawsze w parze z dziegciem. Unurzane w braku. Wiesz, że gdybyś zjadła cały tort, miałabyś odruch wymiotny. A jednak. Chcesz więcej. Nienasycenie czy poczucie, że życie jest tylko niesionym przez wiatr liściem​? Kochasz, a jednak bez zmrużenia oka mogłabyś krzywdzić. Gdzie są twoje granice?

Którą kobietą jesteś naprawdę?


Tyle w tobie niechcianego gniewu. Poczucie winy, które przegryzasz świeżo upieczonym chlebem. Codzienność, w którą wrastasz swoim niespełnieniem i zachwytem jednocześnie. Patrzysz na swoje dzieci. Widzisz cud, przed którym zapamiętale uciekasz. Wczepiasz się w ich ciepła i chcesz być sama. Chcesz znowu być tylko zwykłą kobietą. Znaleźć w sobie szczelinę, w której mogłabyś się ukryć. Przestrzeń, w której znów mogłabyś oddychać. Wiesz, że musisz wyjść sobie naprzeciw. Wyjść i stanąć ze swoim życiem twarzą w twarz. Zawsze tu i teraz. Zawsze tylko i aż.

piątek, 8 lipca 2016

ŚWIETLIKI I COŚ JESZCZE

ŚWIETLIKI I COŚ JESZCZE

Świetliki między potężnymi lipami unoszą wieczór w bańce magii. Idziesz prawie po ciemku w stronę rododendronowych gąszczy. Na smyczy człapie twój body guard. Pies ciągnie w stronę plątaniny zapachów, ty ryzykujesz życiem by zerwać garść dzikich czereśni. Są słodsze niż przypuszczałaś. Jutro znów tutaj przyjdziesz.

Potem, wygnana przez domowych kibiców futbolu, siedzisz po turecku na podłodze. Bose stopy na wciąż jeszcze chłodnych deskach. Na przeciw ciebie rumianki w słoju i oset w butelce. Za twoimi plecami świerszczo – żabie a'capella.

W tobie mnogość, którą próbujesz poskromić.

Nieustannie gadający umysł przypomina o Rzeczach-Które- Trzeba- Zrobić i o gościu, który lada moment zaparkuje rowerem przed twoim domem. Jedzie ze Szkocji. Miał być wczoraj. Może będzie jutro.

Próbujesz przechytrzyć nachalność umysłu zamykając oczy. Pomagają cykady. Przeszkadzają ćmy. Z kalejdoskopu, którym potrząsasz w głowie, klaruje się jednak obraz. Zmieszane wspomnienie, nostalgia i coś chyba jeszcze. Idziesz drogą pod górę. Mijasz sąsiedztwo – renesansowy dwór, w którym już nie straszy. Kierujesz się w lewo. Szutrową drogą zawładniętą przez roje świetlików. Z zarysu granatowo- różowych, prawie nocnych chmur wypruwasz nitki, którymi wiążesz naderwane poczucie mocy sprawczej. Pół sennie i jakby nieśmiało wstajesz z martwych. Który to już raz?

Powalona materią spraw drobnych, które urastają do katastrofy. Spętana małością ciała, które gnie się przed władzą rzeczy martwych. Prawie bezboleśnie wyślizgujesz się z oblepiającej cię niemocy. Rozumiesz, że czasem trzeba powiedzieć sobie „nie dam rady”. Pozwolić sobie na bycie słabym, zmęczonym, wściekniętym do białych kości.

Wybrać dziegcie emocji z mąki codzienności. Przecedzić sens z bezkresu rzeczy bolesnych i niepotrzebnych. Zaparzyć napar: szczypta humoru, pół łyżeczki dystansu, łyżka stołowa cierpliwości. Po wypiciu jednej filiżanki wyciągnij swoje skrzydła i pozwól im wyschnąć. Jesteś silną kobietą, prawda? Jesteś siłą.


niedziela, 1 maja 2016

AMEN

„Masz to, na co się odważysz”. Tak. Dopiero teraz zaczynasz naprawdę rozumieć tę myśl. Powoli wyczołgujesz się ze skorupy. Budzisz swoją siłę. Niepozorną. Wytrwałą jak suche pnącze winorośli wciąż wypuszczające młode pędy.

Odważyć się patrzeć dalej i głębiej. Im trudniej osiągnąć cel, tym lepiej. Wytrwałość pozwoli ci zrozumiesz czym naprawdę są twoje pragnienia. Rzeczywiście. Dostajesz to czego potrzebujesz - nie to czego byś sobie życzyła. Zobacz, czy kiedykolwiek myślałaś, że życie podaruje ci tak wiele.

Masz dom na skraju wzgórza. Kiedy się na nie powspinasz, wyjdziesz na łąkę i zobaczysz ośnieżone szczyty. Zrozumiesz, że to co dręczy, nie ma żadnego znaczenia. Jest czas, który jest ci dany przez krótką chwilę na własność. Jest droga, którą wybrałaś. W każdym małym, banalnym geście tej przestrzeni jest sens. Twoja siła jest twoją wolnością. Możesz uczynić się tym, kim zechcesz. Idziesz pod górę. Wiatr wieje ci w twarz. Tak. To jest twój wybór. To jest twoja wolność.

Wiesz na co nie możesz się zgodzić.

Nie chcesz być narzędziem w fabryce, która urabia umysły by nie potrafiły myśleć. Nie chcesz patrzeć jak nowi, wciąż nowi, zmieniają się w otępiałe ryby, płynące zawsze tylko w jednym kierunku.

Nie chcesz być wypaloną, zrzędliwą babą, z bruzdą zmarszczki pomiędzy brwiami. Dowodem twojej frustracji.

Nie chcesz krzywdzić tych, których kochasz najbardziej. Tych, którzy są twoim życiem.

Nie chcesz niszczyć tego, co podarowano każdemu z nas bezinteresownie i jakby trochę nieopatrznie. Bez drzew, traw, skał, rzek jesteś dwunogim otępiałym zwierzem.

Nie możesz zgodzić się by człowiek okaleczał piękno.

Nie pozwalasz by urabiał cię tłum.

Nie zgadzasz się na rozpacz. Każdy ból można przyjąć z nadzieją.

Nie zgadzasz się na to by przeżyć życie, nie żyjąc wcale.

Jeśli pozwolisz by wdzięczność i pokora zmieszała się z wytrwałością i uporem. Jeśli twoją siłą będzie szukanie dobra, uwierzysz, że:
  • będziesz nadal pisać
  • wydasz kolejne książki, te napisane i te, które słyszysz w pulsowaniu skroni
  • będziesz próbować być tak dobrą mamą jak tylko potrafisz
  • zrealizujesz projekt „Ślimak”
  • napełnisz miejsce w którym mieszkasz pięknem i pasją
  • będziesz uważnie i z cierpliwością przyjmować to, co jest ci dane
  • będziesz kochać aby codziennie wstawać zbyt wcześnie z łóżka, aby celebrować 30 sekund ciszy podczas mycia twarzy rano w łazience, aby gadać przez pół nocy, potem kochać się z mężem i dalej gadać już samej do siebie, aby słuchać muzyki, aby patrzeć na szczyty gór, aby chodzić boso po trawie i nie bać się wziąć do ręki żaby, aby robić zupę bez wody, aby wściekać się i rozwalać tynki na ścianie, aby wzruszać się pączkami kasztanowców i klonów, aby wylizywać lody z pudełka, aby patrzeć jak śmieją się twoje dzieci, aby pozwolić by mąż wziął cię na ręce po 15 latach małżeństwa, aby zjeżdżać z górki na rowerze bez hamulca, aby spędzić pół nocy w lesie po kłótni z mężem, aby wtulać się między plecy męża a miękkie ciałko syna, aby patrzeć jak twoja córka oddaje się pasji tworzenia, aby być dumna z niezwykłych dokonań najstarszego syna, aby chłonąć całą sobą krótkie chwile samotności, aby doceniać to co jest, aby pić esencję chwili, tu i teraz... Amen.


piątek, 29 kwietnia 2016

DZIURKA OD KLUCZA

Opada na ciebie cisza. Znienacka. Jak deszcz albo sen. Jeszcze nie umiesz jej przyjąć. Wciąż poorana sieczką uporczywych obrazów i słów - walczysz. Wiesz jednak, że wkrótce je pokonasz. Wypijesz napar z esencji chwili. Położysz głowę na mchu i będziesz patrzeć na koniuszki drzew. Chmury narysują krąg. Wytniesz z niego dziurkę od klucza. I otworzysz drzwi.

Gdy uchylisz je na oścież, wiatr dotknie twoich policzków i ramion. Pokaże ci gdzie szukać. Poczujesz intensywność. Pączki drzew. Trawy. Młode liście brzozy. Szaleństwo psa. Wrzask potoku i muzyka. Przed tobą polana cudów. Nieoczekiwana samotność – dar.

Długi spacer wzdłuż wąwozu aż do rzeki. Potem rower z ośnieżoną Śnieżką w tle. Gdy wracasz dzielisz się kolacją z psem. Nasycona pięknem, nie czujesz głodu. Nie zapalasz światła. Zanurzasz się w zmierzch. Okutana kocem zwijasz się w ślimaka. Nalewasz sobie kieliszek czerwonego wina. Pies grzeje ci stopy, od czasu do czasu próbując je lizać. Przełykasz jeszcze kilka skrawków muzyki, którą karmiłaś się przy kolacji. Pozwalasz by zmęczenie opadało powoli i niedotkliwie. Czujesz wdzięczność. Tak mocną, że chcesz ją wykrzyczeć.

Dwa dni bez męża i dzieci. Uważnie i powoli. Wracasz sobą do siebie.