Obejmujesz kubek z herbatą. Gliniany. Siermiężny. Parzy. Oszołamia
cię myśl, że możesz po prostu siedzieć, pić herbatę i patrzeć
jak śniegowe pióra nakrywają drzewa futrem bezczasu. Ta myśl
całkowicie nokautuje nieprzespaną noc, tyranię bulgoczących
jelit, próbujące dobrać się do ciebie litanie ważnych spraw.
Jesteś. W czasie, który jest ci dany. W przestrzeni, która jest ci
dana. I to wystarczy.
Nieoczekiwana porcja ciszy jest jak narkotyk. Nawet mała dawka
rozpruwa twój świat na wylot. Wyrywa cię w krainy, które ledwie
pamiętasz. W czas, który nie mieście się na zegarowej tarczy.
Świadomość, że nagle stałaś się panią swojej czasoprzestrzeni
podcina ci kolana.
Siadasz, próbując przekonać się czy to rzeczywiście prawda. Na
twoich kolanach natychmiast sadowi się kot. Głaskanie jego
jedwabistego futra jest twoją pierwszą lekcją. Jest cierpliwym
nauczycielem. Nie pozwala ci gapić się na brudną podłogę.
Mruczeniem odciąga cię od zlewu pełnego brudnych naczyń. Uczy cię
nicnierobienia.
Lekcja trzecia. Wracasz do domu i uwalniasz podchodzące ci pod
gardło łzy. Lekcja oczyszczenia.
Lekcja czwarta. Gdy wypłynie ostatnia łza przychodzi siła. Dzięki
niej jesteś też pracą. Tą, którą uczy cię serce.
Lekcja piąta. Cisza zaprasza muzykę. Śpiewasz na całe gardło.
Wybudzasz uśpione zmysły. Ciało przeciąga się życiem.
W tej nagiej chwili nie posiadasz niczego oprócz poczucia jedności
z tym co jest ci dane. Zwykłe zimowe przedpołudnie. Las. Opruszone
wzgórza. Nagie namiona drzew. Cisza, która przygarnia tumult uczuć.
Pozwala ci je zrozumieć. Pozwala ci stanąć z życiem twarzą w
twarz.
Dotykasz tej chwili jak płatka śniegu. Strach i zachwyt
jednocześnie. Piękno, które podchodzi pod gardło. Rani lecz budzi
z otępienia. Ciska pod nogi tęsknotę. Wyskakujesz z rozpędzonego
pociągu codzienności. Uderzasz twarzą w ciszę. Płynie oddechem,
którym przecinasz zmrożone tafle powietrza. Idziesz drogą, na
której uwięziłaś swój czas. Nie ma celu tej podróży. Wystarczy
sama droga.